CZEŚĆ PIERWSZA
Rzekł do Jonasza Pan: „Wstańże, Jonaszu,
idź do Niniwy i krzycz przeciw Miastu!
Zło tam się pleni, podłość tam straszliwa;
jej fala brudna me nogi omywa".
I powstał Jonasz, i ruszył przed siebie,
lecz nie tam, dokąd słał go Pan na Niebie,
Dość już proroka powinność był czynił,
lękał się miasta, tęsknił do pustyni;
znając kamienie karconej gawiedzi
wolał samotnie na odludziu siedzieć.
Do portu Joppen się tedy dostawszy,
statek płynący do Tarsu znalazłszy,
siadł nań, za podróż uiścił zapłatę,
chcąc zbiec przed Panem, jak złodziej przed Katem!
Lecz Pan wiatr wielki wzruszył i zawyła
wnet nawałnica, okręt obróciła,
nieprzeliczone wieże morza wstały,
chwiejne, niebieskie ściany fal padały,
jakby Niniwa powstawała nowa,
by się po chwili znów w odmętach schować.
Maszt pękł na dwoje, fala tak huśtała,
źe deska desce wierna nie została.
Zaś marynarze zdjęci wielką trwogą
wołali z krzykiem o pomoc swych bogów,
ładunek morzu już oddali cały,
lecz wciąż ich słone fale zalewały.
Zwróciwszy wszystko, zmordowany, blady,
chwięjąc się Jonasz zszedł między pokłady,
na dno okrętu po schodkach się zsunął,
w męczący półsen ciężko się osunął,
z trzaskiem przez mokrą toczony podłogę.
Przypadkiem sternik zaczepił oń nogą,
gdy sprawdzał deski i fuknął na niego:
- „Co to ma znaczyć? Ty tu śpiochu czego?
Kim jesteś? Boga wołaj nie zwlekając
swego nędznego, jak inni wołają!
Może go nie masz? Jaki, mów mi zaraz,
naród cię wydał? Może to tyś na nas
ten koszmar ściągnął? W jakim mieście słyniesz?
Przez tę cholerną wodę po co płyniesz?"
Ozwał się Jonasz do tego człowieka:
„Jam Zyd jest, który przed Bogiem ucieka.
Oprócz spokoju nie pragnę niczego.
Z grzechami świata cóż ja mam wspólnego?
Nie mój to kłopot, lecz Boga na Niebie,
ja odpowiadam tylko sam za siebie.
Dajcie mi zostać w tej kryjówce ślepej.
Jeśli toniemy - to nie wiedzieć lepiej.
A gdy będziecie wysadzać żywego,
to gdzieś na skraju lasu ustronnego,
gdzie jedząc gorzkie wiśnie i żołędzie
z dala od Boga życie swe przepędzę!"
Lecz tak mu odparł sternik rozwścieczony:
„O jakim lesie bredzisz jak szalony?
Gdzie las masz? Gdzie cię wysadzić możemy?
Chyba cię w morze wzburzone ciśniemy
i, prawdę mówię, ciśniemy w pośpiechu,
nie ścierpię tutaj kogoś, kogo grzechu,
nam nie znanego, gniecie ciężka wina.
Klątwa cię goni, tyś jest zła przyczyna.
Kiedy bóg ściga, diabeł nie pomoże.
Hej, ludzie, chwyćcie i rzućcie go w morze!
Brać tego Zyda!" Już czterech go lapie,
by na dno nie szedł przez niego ich statek,
bo ciężki kamień, ciężki ołów bywa,
lecz cięższy ten jest, kto grzech straszny skrywa.
A Jonasz jęcząl, a Jonasz się żalił
i go unieśli, nad burtą huśtali.
„Hej-siup! Niech zginie ta zakała rychło!"
Plusnęło głośno... i morze ucichło
jak potwór głodny gdy jadło otrzyma.
I marynarze wdzięczni, że się wstrzymał
wiatr, z płaczem głośnym klęcząc dziękowali,
ofiary hojne bogom ślubowali,
na niebie tęcza wnet się pojawiła.
Jak marmur gładka woda lekko lśniła.
PoemWiki 评分
暂无评论 写评论