Moje uszy coraz mniej słyszą z rozmów, moje oczy słabną, ale dalej są nienasycone. Widzę ich nogi w minispódniczkach, spodniach albo w powiewnych tkaninach, Każdą podglądam osobno, ich tyłki i uda, zamyślony, kołysany marzeniami porno. Stary lubieżny dziadu, pora tobie do grobu, nie na gry i zabawy młodości. Nieprawda, robię to tylko, co zawsze robiłem, układając sceny tej ziemi z rozkazuerotycznej wyobraźni. Nie pożądam tych właśnie stworzeń, pożądam wszystkiego, a one są jak znak ekstatycznego obcowania. Nie moja wina, że jesteśmy tak ulepieni, w połowie z bezinteresownej kontemplacji, i w połowie z apetytu. Jeżeli po śmierci dostanę się do Nieba, musi tam być jak tutaj, tyle że pozbędę siętępych zmysłów i ociężałych kości. Zmieniony w samo patrzenie, będę dalej pochłaniał proporcje ludzkiego ciała, kolor irysów, paryską ulicę w czerwcu o świcie, całą niepojętą, niepojętą mnogośćwidzialnych rzeczy.
PoemWiki 评分
暂无评论 写评论